Jak się czuję?
A jak niby ma się czuć dwudziesto dwu latek, hm?
HMM?!?!?!
Gardło mnie boli i chce mi się pić -_-'.
neverfree 2007-07-21 10:37:22 skomentuj (1)
Złota myśl :P.
W dzisiejszych czasach każdy pełnoletni osobnik rodzaju męskiego ma całodobowy dostęp do widoku kobiecych piersi.
Koncert skończył się 24h temu, ale wrażenia po naszej eskapadzie trwają cały czas :).
Mniej więcej o godzinie dziewiątej, po "wsiąściu" do pojazdu czterokołowego marki Punto, ja, Flor, daydreaming-girl (nasza kierowczyni ;)) i (niech mu chwała na wieki, oby zawsze pachniały mu stopy) Belze zaczęliśmy przedzierać się przez miejski gąszcz "samochodziszczów" i innych "pojaździszczów". W rezultacie, około godziny później opuściliśmy w końcu Warszawę.
Nareszcie - pełni radości i koncertowego entuzjazmu, rozpoczęliśmy wesołą i bezpieczną podróż do Katowic.
Napisałem "bezpieczną"? Niezupełnie...
Kilkadziesiąt kilometrów za miastem, jadąc sobie nieprędko prawym pasem ruchu, stała się rzecz zupełnie nieoczekiwana.
Teraz uwaga, bo zdanie, które za chwile przeczytacie jest efektem burzy mózgów naszej czwórki i ma jak najwierniej przedstawić wczorajsze wydarzenia. Oto ono:
Nagle, bez ostrzeżenia, niesprowokowany żadnym błędem naszej wspaniałej Pani Kierowczyni, wjechał w nas piętnastotonowy tir, spychając z drogi, wprowadzając w stan bezwładnego poślizgu, obracając nas o 180 stopni i finalnie rzucając o barierkę.
Jakimś niewyobrażalnym cudem żadnemu z nas nic się nie stało. Nie zepchnęło nas w przeciwną stronę, gdzie niechybnie czekałoby nas lądowanie w rowie, podczas poślizgu nie wpadliśmy pod koła żadnego innego przejeżdżającego samochodu, ani nie zgniótł nas sam sprawca swoim, sporych gabarytów i wagi, pojazdem.
Jednym słowem - żyjemy! :D
Na ratunek przyjechał nam sam tata daydreaming-girl, który (po ok. 2 godzinach czekania na policję i lawetę) zgodził się zabrać nas do Katowic, za co wielka mu cześć i chwała :D.
Do miasta przyjechaliśmy spóźnieni, ale na szczęście hotel jeszcze nie "sprzedał" naszych pokoi, więc tylko szybko się przebraliśmy, zostawiliśmy rzeczy i... wyruszylim! :D
Szybka przejażdżka na dworzec "pekape" w celu zakupienia biletów na „ciapong” powrotny i dalej na miasto zjeść coś ciepłego przed koncertem.
Na przystanku tramwajowym grupka koncertowiczów usłyszała o naszej niepewnej wiedzy na temat tego, jak dotrzeć na stadion i zagaiła nas o drogę. Odpowiedzieliśmy im spodziewając się, że w razie błędu czeka nas śmierć z rąk kilkudziesięciu rozwścieczonych fanów "papryczek" ;).
Po chwili zjawił się tramwaj i nasze obawy natychmiast prysły, gdy tylko odkryliśmy, że jego wnętrze stanowi wyłącznie plątanina nóg, rąk, głów i torsów. Oczywistym było, że ich celem mógł być tylko Stadion Śląski ;).
Po chwili byliśmy już częścią tramwaju i przyzwyczajaliśmy się do nowej formy egzystencji. Kilka (kilkanaście) przejechanych przystanków zaważyło jednak o decyzji opuszczenia tramwaju w celu odnalezienia "jadłodajni posiłków ciepłych".
Wybór padł na pobliskiego Sphinxa, który (jak to Sphinx) zmusił nas do odpowiedzi na tajemniczą zagadkę p.t. "Gdzie do cholery jest nasze jedzenie?!".
W końcu (po wielu bojach z obsługą lokalu i opanowaniem niecierpliwości) udało nam się zjeść i udać na koncert.
Cięcie.
Kilka przystanków piechotą.
Cięcie.
Kilka przystanków tramwajem.
Cięcie.
…
Stadion.
Dotarliśmy!
Przejście przez kontrolę biletową przebiegło zadziwiająco sprawnie i szybko. Przed wejściem na płytę zaczepiła nas tylko para zdesperowanych „gapowiczów”, którzy klęcząc i liżąc nam stopy (może trochę przesadzam :P) błagali, abyśmy po wejściu podali im bilety przez barierki.
Odmówiliśmy jednak pełni obrzydzenia i niesmaku.
Jesteśmy chamami :P.
Tłum! Gigantyczny, falujący, wielokolorowy, tłum - oto, co przywitało nas po wyjściu z tunelu. Wrażenie było oszałamiające.
Ustawiliśmy się grzecznie w odpowiadającym nam miejscu i czekaliśmy...
Wrzawa, jaka się po chwili podniosła nie dała się pomylić z niczym innym - Red Hoci weszli na scenę. Cóż to była za ekscytacja - Boże, widzę ich! Widzę ich na żywo! - myślałem :D.
Koncert.
Koncert był... subiektywnie rzecz biorąc niesamowity! W końcu to Red Hot Chili Peppers! Goście, których występ pragnąłem zobaczyć od lat!
Chłopaki poruszyli tłum szczególnie niesamowitymi Californication i By the way.
Ludzie skandowali, gwizdali, skakali, krzyczeli, tańczyli, wymachiwali głowami, śpiewali i "Bóg wie co jeszcze" :D.
Teraz mała dawka realizmu.
Kiedis wydawał się być nieobecny. W niektórych utworach śpiewał niemrawo i bez przekonania, a chłopaki z kapeli pozwalali mu na częste odpoczynki grając w tym czasie jam sessions. Nie starał się także nawiązać kontaktu z publicznością. Poza krótkim "Welcome Poland, I don't believe we've met!" i jakiegoś dowcipu o śniadaniu, nie odezwał się do "nas" prawie wcale.
O tym, dlaczego sprawiał takie wrażenie dowiedziałem się dopiero niedawno.
Podobno (oficjalnych źródeł jednak nie sprawdzałem) Flea napisał na swoim blogu, iż w przeddzień koncertu Kiedis odkrył, że jego dziewczyna nosi w sobie nie jego dziecko (wybaczcie skomplikowaną logikę tego zdania ;)).
Jeśli ta informacja jest prawdziwa chwała mu za to, że w ogóle wystąpił oraz, że udało mu się porwać publikę.
Niestety, kiedy ludzie zaczęli w końcu rozgrzewać się na dobre, koncert zmierzał już ku końcowi.
Ostatnim utworem było bardzo długie, kilkuminutowe jam session w wykonaniu red hotowych instrumentalistów, po czym zespół bez słowa opuścił scenę, nie żegnając się nawet z fanami.
Mimo wad, występ "papryczek" był elektryzujący i... po prostu świetny! :D
Chłopaki dali czadu, a fani nie pozostali im dłużni dając idealny przykład tego, jak powinno się bawić :).
Szkoda tylko, że to już koniec, a teraz można jedynie wspominać i zastanawiać się, kiedy następny koncert...
Znów miałem sen o zagładzie atomowej. Od wielu miesięcy śnię ten sam schemat i nie mogę się od niego uwolnić. "Wielkie bum", jak powiedziałby... no, w każdym razie ktoś na pewno mógłby tak powiedzieć.
Ciekawym jest to, że choć tematyka wciąż się powtarza, zmieniają się okoliczności fabularne.
Tym razem akcja snu toczyła się w Polsce, spiskowcami była moja rodzina, a za główny szwarccharakter robiła moja babcia.
Jej nikczemne knowania miały doprowadzić do zagłady świata, jakim go znamy i odrodzenia nowego - lepszego.
Jak przystało na demoniczną babcie, jej osobowość można było opisać jedynie zwrotami "zła do szpiku kości" i "zepsuta na wskroś". Od biedy pasowały też określenia "podła" i "niegodziwa".
Podstępna staruszka postanowiła, że wykradnie plany budowy rosyjskiego silosa atomowego, a następnie, posługując się fałszywym rosyjskim nazwiskiem, sprowokuje wojnę z amerykanami.
W międzyczasie ja wraz z resztą mojej rodziny, budowaliśmy schron przeciwatomowy, w którym mieliśmy przetrwać "zawieruchę".
Prace toczyły się błyskawicznie, bo jako głównego budulca używaliśmy... kartonów. Pamiętam, że czułem dziwny dyskomfort z tym związany, ale pracowałem zawzięcie. Wszak miało to ocalić moje nic nieznaczące życie.
Ponieważ żywiłem pewną niechęć na myśl o zagładzie świata, postanowiłem, że porozmawiam o tym z babcią. Ta jednak nie dała się przekonać i znów zaczęła radośnie (oczywiście w sposób absolutnie nikczemny i zły do szpiku kości) wypełniać swój plan.
Tak oto świat wyleciał w powietrze, a ja i moja rodzina schowani w całkowicie bezpiecznym, kartonowym schronie przeciwatomowym, zaczęliśmy odbudowę nowego-lepszego świata.
Od rana spoglądam z nieufnością na wszystkie napotkane kartonowe pudła. Mam też pewne wątpliwości, co do przyszłego obiadku u babci.
Wierzcie mi, że wiele razy chciałem znów coś napisać. Zazwyczaj były to tylko przelotne myśli, czasem jakiś impuls nakłaniał mnie do otworzenia Worda, ale nigdy nie posunąłem się dalej.
Dla istoty z potrzebą tworzenia, nie ma nic gorszego niż niemoc twórca. Jakże często rosła we mnie nieprawdopodobna frustracja, która odbijała się potem niekorzystnie na moich czynach.
Jeśli chodzi o twórczość, mam wobec siebie niebotycznie wysokie wymagania. Ponieważ jestem typem obserwatora, z czasem musiałem wyrobić w sobie pewne oczekiwania, coś, co można chyba nazwać gustem. Postawiłem sobie poprzeczkę, której nie potrafię teraz przeskoczyć obniżyć ani obejść.
Wszystko co robię, jest dla mnie pełne skaz, powieleń i banału. Najgorszy chyba jest ten banał. Banał i kicz. I problemy z wyrażaniem własnych myśli. A na końcu tej listy czai się drżąca obawa, że tak naprawdę, brakuje mi po prostu umiejętności.
Wierzę, że talent to coś, co ma siłę eksplozji nuklearnej. Nawet jeśli potrafisz pierdnąć głośniej niż inni, musisz robić to naprawdę głośno, żeby ktoś cię zauważył. Inaczej jesteś tylko człowiekiem, który głośno pierdzi.
Ostatnie wydarzenia skłoniły mnie do poważnej rewizji moich przekonań i wartości.
Po przemyśleniu wielu aspektów mojego rozumowania i postępowania, dostrzegłem w nich poważne niedociągnięcia.
W jakiś niewytłumaczalny sposób odrzuciłem emocje na bok i poddałem się dość bezlitosnej autokrytyce, która pozwoliła mi ujrzeć wiele kwestii w zupełnie innym świetle niż dotychczas na nie patrzyłem.
Te kwestie nie dotyczą jedynie mnie, ale także otoczenia.
Cieszy mnie to, że nie uległem presji mojego charakteru, aby opowiedzieć się jedynie po jednej ze stron, ale mogłem naprawdę analitycznie podejść do wielu innych spraw i zobaczyć je pod pryzmatem mojego systemu wartości.
Spośród wszystkich zagadnień, które ostatnio zaprzątały moją głowę, jedno wzbudziło we mnie szczególne zainteresowanie.
Usłyszałem definicję zagadnienia, którego sam nie potrafię werbalnie zdefiniować, ale wyczułem, że ta zasłyszana definicja była niewłaściwa i wypaczona.
Tym zagadnieniem jest lojalność.
Bardzo zależało mi na tym, żeby móc lojalność zdefiniować samemu, więc zacząłem czytać, zapoznawać się z definicjami lojalności takich filozofów, jak Sokrates czy Kant, przejrzałem różnego rodzaju fora internetowe i komentarze ludzi.
Na podstawie przeczytanych tam słów sporządziłem listę, która w całości miała się składać na definicję Lojalności.
Są to moje przemyślenia poparte wcześniejszą lekturą.
Początkowo chciałem ułożyć sobie jedynie plan pod „płynną definicję”, ale uznałem, że w formie brudnopisu będzie łatwiej odnaleźć każdemu swoją formułkę…
***
We współczesnym świecie lojalność zanika, albo zostaje przekształcona na dzisiejsze potrzeby – najczęściej nadaje jej się cech negatywnych.
Współcześnie lojalność kojarzona jest z naiwnością.
Lojalność jest uważana za zbyt trudną by się do niej stosować. Ludzie wciąż obracają się wokół pytania „czy warto być lojalnym”, lecz w rzeczywistości sam fakt, że trzeba je zadawać wystarcza im, aby stwierdzić, że nie warto. Wynika to z tchórzostwa i lenistwa – to po prostu wygodne.
Chociaż znaczenie ogólnej lojalności dzisiaj zanika, to modna jest zasada „lojalności wobec samego siebie”, która często skrajnie wprowadzana w życie jest jedynie cechą arogancji, egocentryzmu i egoizmu.
Lojalność wobec samego siebie jest elementem lojalności wobec innych, ale taka lojalność sama w sobie to wyłącznie egoizm.
Lojalność jest cechą, którą łatwo przeistoczyć w tzw. „ślepą lojalność” (lojalność bezwzględną). Należy uważać, żeby nie przekroczyć tej granicy.
Ślepa lojalność przynosi ujemne konsekwencje.
Ślepa lojalność to współcześnie właściwie jedyna uznawana definicja lojalności, bo choć jest kulawa i cząstkowa, to jej negatywne znaczenie pozwala na łatwą krytykę.
Lojalność wiąże się z uczciwością, szacunkiem i ufnością.
Lojalność to cecha przyjaźni.
Przeciwnością lojalności są: dwulicowość, intryganctwo, nieuczciwość, kłamstwo i zdrada
Lojalność zasadą współżycia
Lojalność wiąże się z pomocą i wsparciem dla osoby, której jesteśmy lojalni.
Lojalność pomaga poskramiać niepożądane emocje względem drugiej osoby (chłodziarka uczuć, zimny prysznic).
Lojalność stoi na straży serca – rozum mu podpowiada co wolno, a czego nie.
Lojalność jest jedną z tych cech, które odróżniają nas od zwierząt.
Lojalność jest cechą inteligencji
Lojalność to sposób postępowania zgodnie z własnym sumieniem.
Lojalność to umiejętność postępowania zgodnego z tym, co dla nas najwartościowsze moralnie, niezależnie od tego, kto ustanowił zasady, którym się podporządkowujemy
Lojalność jest cechą dalekowzroczności na skutki swojego postępowania.
Głupota, to defekt intelektu.
Lojalność to hołd dla poszanowania własnych wartości.
Lojalność jest częściowo cechą „normy negatywnej” – jest wartością wyższą i nie powinno jej się poddawać zbytniej analitycznej krytyce, a jedynie „obróbce”.
Lojalność powinna „iść w parze z umiejętnością osądu, wartościowania i wreszcie wyboru „mniejszego zła” , albo też dobra jak największej społeczności.
bo ich znam... J@ck bo lubi tworzyć... Agnieszka bo lubi swinga... Ava bo lubi m&a... Belze bo lubi, jak ja... Naleś bo lubi koty... Paulina bo lubi mnie... :) Milandra yż malować umi y potrafy...